Czyli nie dostałam się do kolejnego etapu :) Przepraszam za ten uśmiech, nie chcę powiedzieć przez to, że wszystko olałam, bo naprawdę bardzo ważne były dla mnie Wasze ciepłe myśli a i sama starałam się dać z siebie wszystko - co też zrobiłam, niestety nie wzięłam pod uwagę jednego faktu... czyli tego, że umiejętności aktorskie są niczym w szkole, która sprawdza o wiele dokładniej od aktorstwa śpiew, do którego nie tyle, że się nie przyłożyłam, ile jest raczej trudnym dla mnie do opanowania elementem. W skrócie: nie umiem śpiewać! :)
Siostra ma magistra! Cieszę się, strasznie się podekscytowała, zresztą nie dziwię się, za rok pewnie tak samo będę szalała. Tymczasem spakowałam już klamoty i jutro przed 7 rano wyruszam na mój ukochany, wyczekiwany, upragniony
Seven Festiwal w Węgorzewie!
Do zobaczenia po weekendzie, kiedy - mam nadzieję - będę mogła opowiedzieć o mnóstwie ciekawych rzeczy, które spotkam na miejscu. Tymczasem moja miłość własna, salsa płynąca z głośników, szaleńcza radość dzisiejszego dnia złączyły się w uczucie, które mówi stanowczo: cieszę się, że jestem.
Ps. Ach, żeby także nie było, porażka, jeśli można ją tak nazwać, nauczyła mnie jednego: trzymaj się tego, co umiesz i kochasz. Umiem i kocham mówić, nie trzeba było więc wplątywać w to śpiewu. Wiem, że tak czy siak, dalej będę ciągnęła ten spektakl jednego aktora, reżysera i statysty, czyli moje zwariowane życie w tym zawrotnie wesołym tempie :)